Wracam – i będzie się działo!

CIMG6592
No, dobra… Przyznaję: jestem leniem. Wielkim, grubym leniwcem, który jak już oderwie się od kompa po 8 godzinach pracy, to w domu za nic nie może się zmusić do napisania choć kilku linijek. Dlatego z bloga zniknęłam na czas dłuższy. Ale że wiosna mobilizuje – czas na restart! I to od razu w ilościach hurtowych.

CIMG0025
CIMG6095

wisiory2

F

Bo przez ostatni rok sutaszu nie porzuciłam… Choć chyba powinnam – dla zdrowia własnych opuszek. Pan zapisujący moje odciski palców – gdy wyrabiałam sobie paszport – rzucił ostatnio z naganą w głosie: „oj, zniszczone ma pani linie papilarne…”. A sądząc po tym, że moje odciski naprawdę wyglądały jak alfabet Morse’a – tu kreseczki, tam kropki – winne jest notoryczne wbijanie w palce igły. Uprzedzając pytania: tak, próbowałam szyć w naparstku. I nie, nie było mi wygodnie.

teczowy
A wracając do sutaszu… Dalej będzie kolorowo, błyszcząco i w wersji „maxi”. Bo dla mnie biżuterii, której nie widać ze 100 metrów, to się w ogóle nie opłaca nosić ;-)

wenecjawenecja2

I pewnie dalej inspiracji będę szukać w podróżach – jak przy tych naszyjnikach, które powstały po wyjeździe na karnawał do mojej ukochanej Wenecji :-)

CIMG6134

 

Z okazji świąt…

…wpis turystyczny. Otóż życzę Wam wielu udanych świątecznych wyjazdów. Nie chodzi o to, by spędzać poza domem Wigilię i Wielkanoc. Ale by tak dobierać terminy podróży za granicę, by na miejscu można było „zaliczyć” jakieś ciekawe święto – którego w Polsce normalnie nie obchodzimy.

W Indiach zobaczyłam Diwali – miliony oliwnych lampek, sztuczne ognie, pyszne słodkości, wzory specjalnie malowane przez kobiety na gankach domów i odświętnie przystrojone girlandami z kwiatów (podjadanymi później przez kozy i krowy) riksze.

We Włoszech – we Florencji łaziłam w nocy po mieście w rytm muzyki z tłumem dzieciaków z kolorowymi lampionami z papieru – na Festa della Rificolona

A w Wenecji objadałam się na kiermaszu z okazji festa della Madonna della Salute – i chodziłam po moście, który jest budowany tylko na kilka dni w roku.

W Tajlandii świętowałam za to ostatnio Loy Krathong. Przez 6 godzin łaziłam w nocy promenadą wzdłuż rzeki, patrzyłam na tysiące płonących lampionów na niebie, na paradę kolorowych barek, obejrzałam przedstawienie w parku i spuściłam na rzekę tradycyjny wianek – z płonącą świecą i trociczkami, które pomogli mi zapalić Tajowie…

Czego i Wam z okazji świąt życzę ;-)

Niebiesko mi…

No i co ja na to poradzę – mam do tego koloru słabość. I to we wszystkich dziedzinach. Niebieski jest mój ulubiony, kupiony kilka lat temu, domowy obraz, niebieskie jest moje ulubione zdjęcie z Wenecji…

A ze wszystkich sznurków sutaszu najbardziej podoba mi się połączenie niebieskości z zielenią. I uparcie do niego wracam. Tak uparcie, że właśnie skończyłam trzeci naszyjnik w tych kolorach. Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie fakt, że każdy jest w trochę innym stylu. Zaczęło się od tego, z elementami czerwieni na „chińskich” koralikach:

Niedawno zaszalałam i zrobiłam mega ciężkie naszyjnisko w stylu „wielka improwizacja” – z którym nic tylko skoczyć do Wisły, od razu pociągnie człowieka na dno. A jak ów człowiek zacznie straszyć z rzecznych odmętów – „kolia” będzie się ładnie widmowo komponowała na tle błękitno-trupiej skóry i wodorostów zaplątanych we fryzurze.

niebieski
Cóż, jeśli zostać topielicą, to przynajmniej stylowo, nieprawdaż? Ponieważ jednak chwilowo takiej kariery nie planuję, naszyjnik topielicy założę zapewne na sylwestra.

A w weekend skończyłam świąteczny prezent dla koleżanki – prosty w robocie i w sumie pozbawiony mojej zwykłej dawki szaleństwa… Ale i tak wygląda całkiem „wyjściowo” – i coś czuję, że wkrótce takich „obróżek” zrobię więcej. Grunt to monotematyzm…