Jest wiosna, są uszy!

Precyzuję – moje uszy w zimie nagle nie odpadają, ale za to ukrywają się pod czapkami wszelakimi. I kominami. I kapturami. I wszystkim, co tylko jest w stanie zabezpieczyć mnie przed ZIMNYM ZŁEM. Za to gdy słońce zaczyna w końcu grzać… czas na biżuteryjne szaleństwo!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Uszu przekłutych nie mam, ale to wcale nie powstrzymuje mnie przed obwieszaniem ich tonami świecidełek. Zwłaszcza, że owe świecidełka można robić w tempie ekspresowym. I dlatego dziś pokazuję kilka wiosennych pomysłów na klipsy…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Za zdjęcia dziękuję autorce bloga http://mariadegustibus.blogspot.com – Marysiu, moje ucho dzięki Tobie odkryło swój talent do modelingu i ma nadzieję ową karierę rozwijać ;-) A wszystkim, którzy ten wpis zobaczą, życzę wiosny szalonej, radosnej i pełnej kolorów!
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kwiaty i złośliwość nici

A dzisiaj to sobie trochę ponarzekam. Bo jakbym koralików, nici i igieł nie upychała do woreczków i miseczek – ciągle coś gubię.

Zasada jest prosta: szpulka nici, która zaginie mi tajemniczo o godz. 22.00 i której szukam desperacko do północy, następnego dnia rano znajduje się sama. Leży sobie cholera na środku łóżka i jawnie ze mnie kpi. Jeśli koraliki spadną ze stolika, to zawsze uciekają dokładnie w okolice najbliżej leżącego psa. Który obowiązkowo zrywa się, włazi w nie wszystkimi czterema łapami – i później roznosi połowę materiału na naszyjnik po całym domu. A o tym, jak bujne życie prowadzą niektóre z moich igieł – po tym, jak „wybrały wolność” – już nawet nie wspomnę. Na kolanach błagałam, by wróciły – przeczesując cały dywan. Nic z tego, one wolą przygodę. Zobaczymy się zapewne za kilka lat, zupełnie przypadkiem, przy okazji odsuwania łóżka albo szafy…
kwiat koraliki
Jednak mimo zdecydowanie negatywnego nastawienia gromadzonego przeze mnie materiału – który jest gotów na wszystko, by nie dać nadziać się, przeszyć i zamienić w kolejną sztukę biżuterii – ostatnio udało mi się wyhodować kilka kwiatków. Wesołe, kolorowe – i na maksa koralikowe. Czyli bukiecik pod hasłem: „a więcej tego badziewia to już w okolicy nie było????” ;-)

Wyginaj sznura śmiało…

Dzisiaj ostatni wpis przed urlopową przerwą – i wyginaniec roślinny. Kiedyś już zrobiłam naszyjnik z podobnych elementów – koralikowych „listków”. I była wielka improwizacja – jak sznurek mnie poniósł, tak go gięłam…

zielone

Ma trochę nierówności – przyznaję – i to mimo, że w wolnej chwili „podrasowałam” go przeszywając dodatkowo żyłką. Problem jednak w tym, że użyłam do niego sznurków o różnych fakturach – grubego, sztywnego zielonego i cienkiego, bardziej giętkiego złotego. A w takim wypadku – jakby się człowiek nie starał, sznurki idealnie przylegać nie będą. O czym się przekonałam oglądając ostatnio kolczyki wystawione w jednej z galerii. Zrobione przez profesjonalistkę, drogie jak cholera, a też nierówności miały. Więc co ja się będę moimi niedoróbkami przejmować… ;-)

roślinnya

A dziś kolejna wersja „roślinnej improwizacji”. Inny kształt i kolor – choć „listki” szyte w identyczny sposób – a całość raczej wieczorowa, bo naszyjnik wymaga sporego dekoltu. I nie ukrywam – nie mogę się już doczekać kolejnego wyjścia do teatru, by w końcu wynieść go na szyi w wielki świat ;-)

Barbie kontra dobry gust – 1:0

A dzisiaj spóźniony prezent, który zrobiłam sobie z okazji 1 czerwca. A co, podobno dorośli powinni pielęgnować w sobie wewnętrzne „dziecko”, więc…

No więc ja cofnęłam się w rozwoju do lat kilku – do czasów, gdy jeszcze miałam złudzenia, że moja bajka zakończy się kiedyś happy endem. Takim z gatunku: księżniczka w zajebiście eleganckiej kreacji wiruje na parkiecie w ramionach swojego prywatnego księcia. Czas owe złudzenia zweryfikował: księcia na horyzoncie brak, zamiast drogich kreacji w szafie króluje lumpeks… A figura i twarzyczka też nie do końca takie, jak w filmach Disneya. Efekt na kolana więc nie powala. Ale za to kolię zafundowałam sobie dokładnie jak z marzeń 7-latki: kolorową, błyszczącą i słodziutką jak wata cukrowa. Nic tylko zapakować do pudełka z zestawem „Barbie idzie na bal”…

bajkowy

Z żabą w tle

…czyli dwa ostatnie naszyjniki, które dorzuciłam do pudełka z sutaszem. Pierwszy w „pawich” kolorkach (którego zdjęcia zapowiadałam ostatnio) – nosi mi się całkiem miło, ale nie gwarantuję, że za jakiś czas nie przerobię go jednak na coś innego.

pawiowomi

I kolejny, łączący te same elementy bazowe w trochę inny sposób – po każdej stronie trzy duże naszyte jeden na drugi i pośrodku turkus. Aktualnie mój ulubiony, bo pasuje mi aż do czterech letnich sukienek ;-)

fioletowomi

A gdyby ktoś się zastanawiał dlaczego i skąd nagle w środku siedzi żaba… Otóż kamyczek jest na specjalne życzenie mojego aparatu, który stwierdził, że gdy naszyjnik jest okrągły i po jego ułożeniu na blacie zostaje w środku biała „pustka”, to on współpracy odmawia – i nie, męczyć się z ustawianiem ostrości na coś takiego nie będzie. I bardzo prosi, by centralnie było jednak na zdjęciu „coś”. No więc poddałam się – i „cosiem” została malowana żaba…

Pawiu, pawiu, pokaż ogon…

Wyobraźnia działa – a igła znów śmiga ;-) I tym razem do pudełka z biżuterią dorzuciłam „pawie pióra”.

 ślubny

Zaczęło się od elementu wymyślonego przy okazji naszyjnika z motylem – czyli „główka” z koralików plus zagięta „łodyżka”. Zrobiłam kilka i połączyłam w kolię (z której nitki wciąż sterczą na wszystkie strony świata, więc zaprezentuję później… w porywach do: „dużo, dużo później”) – ale zadowolona byłam średnio. Bo ten nowy element, co tu ukrywać, po kilku naszyjnikach zaczął mi się nudzić. W końcu pomyślałam więc: a co, gdyby po dużym „pawim oku” rozwinąć motyw na boki – dodając po kilka koralików? No i tak powstało siedem elementów w kształcie (z lekka rozkraczonej) litery V, które wystarczyło później połączyć na końcach. Co na szyi prezentuje się następująco:

 paw
Ech, przydałaby się jakaś większa impreza, by wypróbować „pawie pióra” w akcji… ;-)

PS Ale „rumieniec” na mej szyi to nie efekt emocji – że niby robiąc zdjęcie i myśląc o imprezie taka podekscytowana byłam… To wyłącznie zasługa mojej głupoty i spędzenia godziny na słońcu bez kremu z filtrem. Nie chciało się babie skoczyć po mazidło do apteki – to teraz ma szyję jak indor :-(

Granat z różem

Co nowego? Zapowiadany eksperyment z łączeniem elementu, który „wymyślił się” przy okazji naszyjnika z motylem. Tym razem miało być coś małego, delikatnego (jak na mnie) – ale mimo wszystko ozdobnego. I wyszło, co następuje:  

koralikowo
Eksperymentów było ostatnio więcej, ale wciąż sterczą z nich nitki – we wszystkie możliwe strony świata. Gdy znikną, sięgnę w końcu po aparat. A wtedy koraliki znów zaczną błyskać, że hej! ;-)

Motyliskiem byłem…

…ale się odchudziłem. A efekt – czyli zapowiadana druga odsłona naszyjnika z motylem – wygląda tak:

 motyl

W tej wersji podoba mi się dużo bardziej, ale nie gwarantuję, że wkrótce nie wymyślę wersji numer trzy ;-)

Na razie jednak spodobał mi się wymyślony przy okazji detal – elementy z koralikami, którymi motyla „obudowałam”- i postanowiłam trochę z nim poeksperymentować… Efekty niedługo!    

Kwiatuszek na sterydach

W ostatnich dniach słońce nie raczyło mi zaświecić na kuchenkę – która służy mi za tło do robienia większości fotek naszyjników – więc przemiany motyliska na razie pokazać nie mogę, bo zdjęć „niet”. Ale za to mam kolejną robótkę z cyklu „wielka improwizacja”. Zaczęło się od kolorowej tuniki w taki oto wzorek:

CIMG1463

Zestawienie kolorów mi się spodobało – i postanowiłam zrobić podobną broszkę. Ot, zwykły kwiatuszek. Po kwiatuszku pomyślałam: a, co mi tam, film nudny, wieczór długi – dorzucę może jakiś listek… A skończyło się na tym:

 meksyk

Czyli tak w sumie, na mojej prywatnej „klasyce”: duże, wesołe, kolorowe – to jest to! ;-)  

Między pawiem i kałużą

I kolejna wariacja na ulubiony temat: „niebiesko mi”…

Niemal za każdym razem, gdy idę na giełdę minerałów, wracam z jakąś zawieszką z agatu. Albo nawet z kilkoma. Bo są tanie, bo przyciągają mnie ich kolory… A później lądują na dnie szkatułki z wisiorami i o nich zapominam. Do kolejnego roku, gdy dorzucam nowe zdobycze – i nagle odkrywam, że podobnych to mam już kilka. Dlatego ostatnio postanowiłam szkatułkę otworzyć i część wisiorów rozbudować, tworząc naszyjniki.

niebieskie
I to właśnie kolejna odsłona z cyklu „zwis damski obudowany” – tym razem w odcieniach niebieskiego. Gdybym miała w sobie więcej romantyzmu, pewnie barwy agatu by mi się z jakąś egzotyczną laguną skojarzyły… Albo chociaż z pawim piórem. Ale tak w sumie, to ten wisior najbardziej mi przypomina kałużę z plamą oleju, którą minęłam ostatnio w drodze do roboty. Całkiem ładna była, serio ;-)