Jest wiosna, są uszy!

Precyzuję – moje uszy w zimie nagle nie odpadają, ale za to ukrywają się pod czapkami wszelakimi. I kominami. I kapturami. I wszystkim, co tylko jest w stanie zabezpieczyć mnie przed ZIMNYM ZŁEM. Za to gdy słońce zaczyna w końcu grzać… czas na biżuteryjne szaleństwo!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Uszu przekłutych nie mam, ale to wcale nie powstrzymuje mnie przed obwieszaniem ich tonami świecidełek. Zwłaszcza, że owe świecidełka można robić w tempie ekspresowym. I dlatego dziś pokazuję kilka wiosennych pomysłów na klipsy…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Za zdjęcia dziękuję autorce bloga http://mariadegustibus.blogspot.com – Marysiu, moje ucho dzięki Tobie odkryło swój talent do modelingu i ma nadzieję ową karierę rozwijać ;-) A wszystkim, którzy ten wpis zobaczą, życzę wiosny szalonej, radosnej i pełnej kolorów!
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wracam – i będzie się działo!

CIMG6592
No, dobra… Przyznaję: jestem leniem. Wielkim, grubym leniwcem, który jak już oderwie się od kompa po 8 godzinach pracy, to w domu za nic nie może się zmusić do napisania choć kilku linijek. Dlatego z bloga zniknęłam na czas dłuższy. Ale że wiosna mobilizuje – czas na restart! I to od razu w ilościach hurtowych.

CIMG0025
CIMG6095

wisiory2

F

Bo przez ostatni rok sutaszu nie porzuciłam… Choć chyba powinnam – dla zdrowia własnych opuszek. Pan zapisujący moje odciski palców – gdy wyrabiałam sobie paszport – rzucił ostatnio z naganą w głosie: „oj, zniszczone ma pani linie papilarne…”. A sądząc po tym, że moje odciski naprawdę wyglądały jak alfabet Morse’a – tu kreseczki, tam kropki – winne jest notoryczne wbijanie w palce igły. Uprzedzając pytania: tak, próbowałam szyć w naparstku. I nie, nie było mi wygodnie.

teczowy
A wracając do sutaszu… Dalej będzie kolorowo, błyszcząco i w wersji „maxi”. Bo dla mnie biżuterii, której nie widać ze 100 metrów, to się w ogóle nie opłaca nosić ;-)

wenecjawenecja2

I pewnie dalej inspiracji będę szukać w podróżach – jak przy tych naszyjnikach, które powstały po wyjeździe na karnawał do mojej ukochanej Wenecji :-)

CIMG6134

 

Korale i fale…

Tym razem zaczęło się od czerwonych koralików, które zamówiłam kiedyś przez Internet, bo na zdjęciach wyglądały obiecująco – ale które na żywo jakoś mi się nie spodobały. I od końcówki metalizowanych sznurków, które kupiłam do naszyjnika „ludowego”. I które też jakoś wykorzystać trzeba było. Zaczęłam szyć, bez wyraźnego celu – tylko po to, by nie spędzić wieczora wyłącznie gapiąc się w TV. No i wyszło pofalowane „cóś”. Kolorowe i trochę kojarzące mi się z zawijasami w stylu secesji.
nieb2
Przez chwilę owo „cóś” miało zostać bransoletą. Ale ponieważ zwykle ich nie noszę, zaczęłam myśleć, jak zamienić je w naszyjnik. I dodałam jasne koraliki – które też leżały sobie nadprogramowo z boku z niemym wyrzutem: „jak żeś nas kupiła, to może do czegoś wrzuć, bo wyblakniemy z nudów”.
niebieski

No i tak właśnie zakończyło się dla mnie oglądanie setnej już z kolei powtórki Top Gear… Kto wie, może moja podświadomość marzy o tym, by odwiedzić tor wyścigowy – i właśnie stąd tyle „zakrętów” w naszyjniku? ;-)

Biżutów jak ślimaków

No, dobra – doszłam już do momentu, gdy mam tyle nowych błyskotek, że rano wieszam na krześle kieckę, wyjmuję pudełka z wisiorkami – i kompletnie nie wiem, co mam na szyję założyć. Bo nagle okazuje się, że do sukienki pasuje mi dziesięć różnych modeli. Normalnie, rozmnaża mi się to to jak ślimaki w ogródku koleżanki.
Szczęście, że uszu przekłutych nie mam. Bo gdybym musiała jeszcze wybierać między setką par kolczyków, to chyba przez dwie godziny z domu bym nie wyszła.

A w ramach prezentowania nowości: dwa wisiory z zielenią…
zielony czerwony wisior

zielonofioletwisior

…oraz naszyjnik „orientalny”. Na początku to miał być malutki wisiorek: kolorowy kwiatek.  Zrobiłam – i stwierdziłam, że słodkie to jak dla Barbie, a ja jednak bardziej Cruellę wizualnie przypominam… Więc „obudowałam” kwiatek kolejnymi rzędami koralików. A jak się rozkręciłam… to zatrzymałam się dopiero, gdy koraliki pokrywały mi już pół szyi ;-)
orient2

Zalistkowana – wersja 2

naszyjnik nieb listki

Listków odsłona druga – tym razem na metalowej obroży. Zaczęło się od swetra, który postanowiła zrobić koleżanka z bloga mariadegustibus. Zachwyciłam się kolorami wełny – i dobrałam do nich koraliki w odcieniach fioletu i niebieskiego. Z początku miałam nadzieję, że całość będzie się trzymać na zwykłym druciku, ale okazało się, że poszczególne elementy są zbyt ciężkie – i jeśli człowiek nie siedzi sztywno jak posąg, to wszystko „składa się” na dekolcie niczym harmonijka. Dlatego na druciku rozdzieliłam w końcu „listki” grubymi koralikami – i naszyjnik zyskał trochę koloru.

A na ile nowa robótka pasuje do swetra, który ją zainspirował, można zobaczyć na blogu koleżanki :-)

http://mariadegustibus.blogspot.com/2014/08/lukrecja.html#comment-form

Zalistkowana… wersja 1

Koralikowe szaleństwo trwa… Tym razem dumna jestem z siebie totalnie, bo jeden naszyjnik robiłam aż przez cztery wieczory. I w końcu zrobiłam. Nie rzuciłam po drodze robótki w kąt i nie zajęłam się dziesięcioma innymi, tylko cierpliwie szyłam kolejne „listki” i ukrywałam nitki… Jak na moją robótkową niecierpliwość – to rekord, którego długo raczej nie pobiję! ;-)
naszyjnik listki zielone
A efektem jest listowie wokół szyi. I teraz przydałby się już tylko wianek na włosy, do kompletu… ;-)

Zakoralikowana – cz. 2

Jest źle. Dramatycznie wręcz źle. Pudełko po butach, które litościwie oddała mi jedna z koleżanek, jakieś dwa miesiące temu, zapełniłam już sutaszem w całości. A kolejne – po kupionych dwa tygodnie temu sandałkach – do połowy… Koraliki opanowały cały pokój i urządzają wypady zwiadowcze na korytarz (jeden kryształek zdecydował się nawet na misję samobójczą i w ostatniej chwili musiałam ratować go przed upraniem). A o poranku przed lustrem głupieję – bo nagle okazuje się, że do jednej sukienki pasuje mi dziesięć różnych właśnie zrobionych wisiorów. I kompletnie nie wiem, co na siebie włożyć. Oj, ciężkie jest życie z sutaszem…
Ale cóż – lepiej wieczorami szyć, niż pić lub obżerać się czekoladą. Przynajmniej według mojej wątroby. A jeśli chodzi o szczegóły…
proste
To zestaw prostych naszyjników, które ostały mi się po nudnej końcówce urlopu…
torebka
To ozdoba na torebkę z lumpeksu za 5 zeta…
proste2
A to moja pierwsza (przyznaję, jeszcze trochę nieporadna, ale co tam – i tak chwilowo mi się podoba) próba wszycia do robótki taśmy z kryształkami. Agat plus szkło weneckie. Może nie wygląda wybitnie efektownie, ale wisior jednak polubiłam, bo barwa kamienia wybitnie pasuje do fioletowych oprawek moich okularów ;-)

Ale prawdziwe szaleństwo nastąpiło, gdy wrzuciłam do jednego woreczka kilka kamieni, które do niczego mi nie pasowały i koraliki, których kolor mnie irytował (tak to jest, gdy zamawia się coś na podstawie zdjęcia w necie)… I w końcu zrobiłam bransoletę – dziwoląga:
bransoleta
Kształt ma „toto” wybitnie odjechany, ale – o dziwo – na ręku prezentuje się całkiem zgrabnie. A do tego „landrynkowe” kolorki – dziwo numer 2 – nagle mi się spodobały. Na tyle, że postanowiłam dorobić do bransolety naszyjnik:
zielony naszyjnik

Cóż – taki jest efekt letnich upałów… A ciąg dalszy nastąpi wkrótce ;-)

Depresja z kroplą amarantu

Ciąg dalszy urlopowych nowości… czyli naszyjnik z serii: wpadłam w załamkę, obżarłam się czekolady i na pocieszenie znacząco powiększyłam ilość biżuterii w pudełku z sutaszem.
kropla amarantu
Tym razem wyszedł szaro-fioletowy wisior z agatem. Tak z rozmachu dorobiłam od razu do niego prostą „obrożę” z kryształków. I jakby się trafiła okazja, by zaprezentować na szyi wielki błysk, to wystarczy ukryć drucik, do którego doczepiłam wisior pod naszyjnikiem – i całość wygląda jak kolia. A jeśli się nie trafi, to cóż – obróżkę zawsze można nosić osobno. Jedno jest pewne: w mojej garderobie żadna sztuka biżuterii się nie zmarnuje… ;-)

Depresja w turkusie

A dzisiaj efekt urlopu, a konkretnie powrotu z krótkiego wypadu do Zakopanego. Na wyjeździe bawiłam się świetnie. Oddychałam pełną piersią (no bo jak takiej jakości tlen marnować), szumu strumyków słuchałam i pamiątek cały plecak do domu nawiozłam. A po powrocie – był dramat.
zakopane
Bo choć do pracy nie musiałam chodzić jeszcze przez bity tydzień, nie chciało mi się NIC. Nagle poczułam, jak zatęchłe mamy w Wa-wie powietrze, dostrzegłam, jak szaro wyglądają ulice… Nawet do knajpy nie miałam ochoty wyskoczyć – bo ceny wyższe, a żarcie gorsze niż na Krupówkach (gdzie są najlepsze pierogi z mięsem na świecie). Normalnie: klasyczna powyjazdowa deprecha. Gdyby nie psy, pewnie w ogóle nie wychodziłabym z domu. A jedynym zajęciem, na które nie reagowałam z obrzydzeniem okazało się… robienie sutaszu.

Kupiłam w końcu porządny zestaw igieł – i jak się rzuciłam za obrabianie gromadzonych przez ostatnie miesiące koralików… to skończyłam dopiero, gdy straciłam czucie w pokłutym totalnie palcu (a nawet dwóch). I przekonałam się, dlaczego ludzie wymyślili naparstek… Efekt: 4 naszyjniki, jeden wisior oraz ozdoba na torebkę. A pierwszy z serii naszyjników  „depresyjnych” wygląda tak…
brązowoniebieski

Wyginaj sznura śmiało…

Dzisiaj ostatni wpis przed urlopową przerwą – i wyginaniec roślinny. Kiedyś już zrobiłam naszyjnik z podobnych elementów – koralikowych „listków”. I była wielka improwizacja – jak sznurek mnie poniósł, tak go gięłam…

zielone

Ma trochę nierówności – przyznaję – i to mimo, że w wolnej chwili „podrasowałam” go przeszywając dodatkowo żyłką. Problem jednak w tym, że użyłam do niego sznurków o różnych fakturach – grubego, sztywnego zielonego i cienkiego, bardziej giętkiego złotego. A w takim wypadku – jakby się człowiek nie starał, sznurki idealnie przylegać nie będą. O czym się przekonałam oglądając ostatnio kolczyki wystawione w jednej z galerii. Zrobione przez profesjonalistkę, drogie jak cholera, a też nierówności miały. Więc co ja się będę moimi niedoróbkami przejmować… ;-)

roślinnya

A dziś kolejna wersja „roślinnej improwizacji”. Inny kształt i kolor – choć „listki” szyte w identyczny sposób – a całość raczej wieczorowa, bo naszyjnik wymaga sporego dekoltu. I nie ukrywam – nie mogę się już doczekać kolejnego wyjścia do teatru, by w końcu wynieść go na szyi w wielki świat ;-)