Wpis bez hanboka…

…byłby wpisem straconym ;-) A tym razem będzie kilka słów o jedzeniu.
Zdjęcie0919

Kuchnia koreańska jest ostra – fakt. Pierwszy raz spróbowałam jej na pchlim targu, gdzie zachęciła mnie Pani Gotująca, która akurat jadła obiad. Pomachała, zaprosiła do stoliczka, pokazała na swoje miski, ja kiwnęłam głową, że tak – poproszę to samo… A kwadrans później płakałam rzewnymi łzami. I to po każdym łyku. Moja rada: jeśli nie jesteście fanami pikantnej kuchni, nie wchodźcie do żadnej knajpy bez zapasu chusteczek, którymi będziecie ocierać łzy. ;-)*

 Zdjęcie0887

Słynne „kimczi” – wizytówka koreańskiej kuchni – to w teorii kapusta, a w praktyce niemal każde warzywo marynowane w ostrych przyprawach. Smakuje to specyficznie, ale nawet jeśli za bardzo „kimczi” nie polubicie, zjeść się da. Poza tym z reguły do każdej zamówionej potrawy dostaje się w knajpach kilka smaków „kimczi” do wyboru, w małych miseczkach. A klient z Europy na chwilę „zawiesza się”, gdy odkrywa, że po zapłaceniu zaledwie kilkunastu złotych nie ma przed sobą pustego talerza ze śladową ilością kalorii, tylko gigantyczny posiłek, który zajmuje pół stołu. ;-)
Jeśli nie lubicie kuchni pikantnej – spokojnie, na wyjeździe naprawdę można jej uniknąć. Przede wszystkim dzięki przepysznym koreańskim pierogom. Obżerałam się nimi kilka razy dziennie i ze smutkiem stwierdzam, że… są lepsze nawet od tych z Zakopanego. Wszystkie bez wyjątku.
a

W miastach jest też całkiem sporo lokali, w których można zjeść „europejsko”- choćby naleśniki lub spaghetti. Z ciekawostek: w Seulu trafiłam nawet na knajpę, której motywem przewodnim była… toaleta. Przed lokalem ustawiała się kolejka po coś w rodzaju gofrów – tyle, że w kształcie gówienka. A w menu była kuchnia włoska serwowana na zastawie w kształcie sedesów. Nie spróbowałam, ale jeśli do Seulu kiedyś wrócę… ;-)
CIMG9388

Korea słynie też z jedzenia ulicznego. Kupowałam je kilka razy dziennie (żeby poznać jak najwięcej smaków) i nie strułam się ani razu. A poza tym na straganach można wybrać poziom ostrości. Szaszłyki „regular” – o dziwo – są ostre, ale nie wywołują wcale łez. Natomiast do łagodnych kucharze dosypują tylko soli, więc całość smakuje jak na każdym grillu w Polsce. Z jedzenia ulicznego polecam też słodkie ciasto z jajkiem i wypieki w kształcie rybek – czyli ciasto nadziewane słodką masą z fasoli (kolejna duma koreańskiej kuchni) lub kasztanów.

Ciekawostką jest też, że w Korei większych dań tradycyjnie nie kroi się nożem, tylko… nożyczkami. Więc bez obaw – jeśli kelner postawi przed wami omlet, a później położy na stole nożyczki, nie jest wcale szaleńcem, który kolekcjonuje grzywki ucięte gościom. ;-) A poza tym, w trakcie jedzenia nie wstawiajcie pałeczek pionowo do miseczki z ryżem – bo to kojarzy się w Korei ze śmiercią i kadzidłami, które zapala się dla zmarłych.

Co do napojów – dla ochłody zdecydowanie polecam słodki napój z ryżu, a po obiedzie ryżowe wino. Przez kilka pierwszych łyków jego smak wydaje się dziwny… ale później wchodzi już gładko. A jego cena wręcz zachwyca, bo za kilkanaście złotych dostaje się w knajpie całą butelkę ;-)

A co będzie w następnym wpisie? Ostatnia już blogowa wizyta w Seulu – i krótka lista zabytków oraz miejsc, które polecam do zobaczenia w ciągu dwóch, trzech dni. :-)

CIMG9390

*W tradycyjnych restauracjach przygotujcie się też na zdejmowanie butów przed wejściem na salę, siedzenie na podłodze oraz samodzielne gotowanie potraw przy stoliku. Ja tego w Seulu nie zaliczyłam tylko z jednego powodu: w Polsce nie gotuję, bo nie umiem i nie lubię. Więc tym bardziej nie zamierzałam pichcić na wakacjach…

Z latarni się nie żartuje!

Na początek: zgłaszam klipsy do wyzwania Szuflady…


http://szuflada-szuflada.blogspot.com/2016/05/wyzwanie-goscinnej-projektantki.html
wyzwanie

Jest zielono, jest bogato – powiedzmy, że to komplet do słynnego szmaragdowego pierścienia Hurrem ;-)

image1

A lewa strona klipsów wygląda niemal identycznie jak prawa, bo końcówki sznurka ukryłam pod koralikami.


CIMG0005

I po tej małej „wycieczce” do Turcji, wracam na blogu do Korei… Tym razem kilka słów o Yeon Deung Hoe (Lotus Lantern Festival).

rzezbyaa

Do Seulu pojechałam właśnie na festiwal – i polecam go każdemu. Przede wszystkim: wszystkie buddyjskie świątynie z okazji zbliżających się urodzin Buddy są ozdobione tysiącami kolorowych lampionów. Widok niesamowity, a pisząc o tysiącach wcale nie przesadzam. W jednej ze świątyń zerknęłam na numery na zwisających mi nad głową karteczkach i okazało się, że stoję pod „893”. A byłam dopiero w połowie pierwszego pawilonu… Za dnia wygląda to świetnie, a w nocy jeszcze lepiej.

festiwal

Z okazji festiwalu zachwycające, podświetlone rzeźby ozdabiają zresztą nie tylko okolice świątyń, ale też sztuczny potok Cheonggyecheon.

potok

A na rozpoczęcie festiwalu odbywa się kilkugodzinna parada. Gdy minął mnie gigantyczny (tak na oko z 15 metrów, o ile nie więcej) smok, który ruszał łapami, otwierał oczy i zionął ogniem… To złapałam się na tym, że cieszę się jak dziecko – a konkretnie jak 7- latek siedzący tuż obok mnie. Włącznie z głupawym uśmiechem i opadem szczęki w zachwycie ;-)

rzezbya

rzezby

W trakcie festiwalu ulica przy świątyni Jogyesa jest zamknięta, przez cały dzień trwają występy artystyczne i można wziąć udział w ciekawych warsztatach (kuchnia koreańska, robienie lampionów, zabawy dla dzieci, chodzenie po linie, tańce ludowe itp.). Czy Koreańczycy mogliby to wymyślić lepiej? Moim zdaniem… nie. W życiu nie byłam na lepiej zorganizowanej imprezie. W robieniu podświetlanych rzeźb Korea ma u mnie tytuł mistrza świata. Festiwal bardzo dobrze reklamuje się też w Internecie, a na dokładkę ulice są po nim sprzątane w tempie ekspresowym, więc… POLECAM GORĄCO!
LAMPIONY

Hanboki w hanokach (i nie tylko)

Pamiętacie „Ulicę Sezamkową” i „dzisiejszy odcinek sponsoruje literka…”? No, to u mnie niepodzielnie rządzi dzisiaj „H” – jak „hanbok”.
a

Nazwę „kimono” zna każdy. A „hanbok”? Niestety – tylko ci, którzy interesują się Koreą. A szkoda, bo lokalne stroje są piękne, a Koreańczycy naprawdę z nich dumni. Są hanboki klasyczne, są też inspirowane nimi kreacje dla nowoczesnych dziewczyn.
b

Wokół setki wzorów, kolorów, haftów… Przyznaję: przez pięć dni w Seulu miałam ochotę robić zdjęcia wszystkim hanbokom, które widziałam na ulicy. Czyli co jakieś dwie sekundy*. W efekcie koło południa padała mi bateria w aparacie, a cztery godziny później ta w telefonie.

CIMG9966

Na moje szczęście Koreańczycy to naród niezwykle grzeczny i gdy sięgałam po aparat żadna z dziewczyn nie zrobiła mi awantury (być może chodziło też o mój wyraz twarzy: „ja-pierniczę-ale-cudo…”). Poza tym – z bólem serca – ograniczyłam się do robienia zdjęć tylko przy zabytkach. Nie miałam tyle śmiałości, by fotografować Koreanki na zakupach, w knajpach czy w metrze… Ale gapiłam się za to na nie bezczelnie – za każdym razem tak samo zachwycona.
c

A dumę z narodowego stroju wynosi się w Korei z domu. Najpierw hanboki zakładają dzieci, a mamy robią swoim pociechom setki zdjęć do rodzinnych albumów.

d

Nastolatki umawiają się na „hanbokowe” sesje z przyjaciółmi. Razem odwiedzają pałace, dzielnice, w których stoją malownicze, stare domy (hanoki), bawią się, robią „dzióbki”, co chwila poprawiają fryzury… I wyglądają jak wiosenne kwiaty.

 e

Co ciekawe, nikt nie przejmuje się przy tym butami. Zdjęcia w hanbokach robi się godzinami, chodzi od zabytku do zabytku – przez pół miasta… więc dla wygody nawet największe „modnisie” do klasycznych strojów zakładają obuwie sportowe.

 f

A co, gdy Koreanka się zakochuje? Wtedy zaciąga adoratora do wypożyczalni i wybiera dla obojga pasujące do siebie stroje. Sądząc po ilości męskich kaftanów w kolorze różowym… panowie na wybór kreacji nie mają za bardzo wpływu. Ale posłusznie kaftany zakładają, noszą za ukochanymi aparaty i pstrykają, pstrykają, pstrykają…

 CIMG9737a

Co ciekawe, Koreanki lubią też pozować… tyłem. Nie wiem, może to chwilowa moda, a może coś, co ma związek z koreańską sztuką. Ale widziałam mnóstwo dziewczyn, które do zdjęć ustawiały się prezentując plecy i tył głowy.
g

A w finale… hanboki dla futrzaków. Tak, to prawda: w Korei psy się jada. I to mnie przeraża. Ale jest też mnóstwo osób, które swoje psiaki rozpieszczają na maksa. Modne jest na przykład noszenie pupila w wielkiej torbie przewieszonej przez ramię. Mojemu Miśkowi to by się raczej nie spodobało, ale za to Frocia… Coś czuję, że taką miejscówką byłaby zachwycona!

 h

Jedną z ostatnich godzin w Korei – w drodze na lotnisko – spędziłam zresztą w metrze obok mega słodkiego przystojniaka… Gdy spróbowałam zrobić zdjęcie (Tak, wiem – nieostre. Ale pstrykałam je w trzęsącym się metrze, trzymając jednocześnie trzy wielkie i ciężkie bagaże!), tłum wokół w końcu oderwał się od swoich telefonów, spojrzał na „misio-liska”… No i wygląda na to, że chyba nikt nie miał ochoty go zjeść. Nie rozumiałam, co prawda, z rozmowy w wagonie ani słowa, ale sądząc po uśmiechach nie było to: „A sprzeda pani na gulasz?”, tylko raczej: „O jaki śliczny… Chłopiec czy dziewczynka?”…

A co będzie w kolejnym wpisie? Oto mała podpowiedź… też z hanbokami ;-)

 Zdjęcie0511

*Tutaj wyjaśnienie: będąc w Seulu załapałam się na wolny od szkoły Dzień Dziecka (5 maja) i „długi weekend” z Royal Festival czyli darmowe zwiedzanie pałaców. Dlatego tak naprawdę nie wiem, jak wygląda Korea „normalnie”. Mogłam za to podziwiać Seul w trakcie lokalnych świąt – gdy hanboki widać na każdej ulicy – i to polecam Wam gorąco!!!

Hi, Seoul!

Piłam wino z ryżu, mało nie potknęłam się o czaplę, a w finale zasnął na mnie Koreańczyk*. Czyli… Gosia poleciała do Seulu! Na miejscu spędziłam tylko pięć dni (z małym kawałkiem), ale i tak wróciłam zachwycona. I dlatego przez kilka kolejnych wpisów spróbuję zrobić wszystko, by go zareklamować.** ;-)
Zdjęcie0712

W skrócie: Koreę polecam KAŻDEMU. A zwłaszcza tym, którzy dotąd bali się podróżować poza Europę na własną rękę. Jedzenie pyszne. Język koreański ładnie brzmi i łatwo w nim wymówić „dziękuję” – a to podstawa ;-) Klimat (przynajmniej na wiosnę) podobny do naszego, więc upał nie zamieni was w ciężko dyszący, odwodniony wrak człowieka, który marzy tylko o tym, by nie wychodzić z hotelu, bo tam jest klimatyzacja. Ale ostrzegam: słońce koreańskie potrafi dopiec. Więc albo krem z filtrem, albo długi rękaw – bo inaczej na zdjęciach oprócz efektu „czerwonych oczu” pojawi się wam też efekt „buraczanej skóry”. Ja spaliłam się już po 5 godzinach – i odtąd przestałam się dziwić, że Koreańczycy chronią się przed słońcem nosząc parasolki, czapki z daszkiem, a nawet rękawiczki.
a

Seul jest czysty i nowoczesny. Stacje metra niemal na każdym rogu, wszędzie informacje po angielsku, a wszystko opisane tak, że nie zgubicie się nawet, jeśli wasza orientacja przestrzenna plasuje się na poziomie „już ameba radzi sobie lepiej” (jak u mnie). W dodatku Polacy jadąc do Korei na krótki urlop nie potrzebują wiz, a w jednym z banków można wymieniać złotówki (nie próbowałam, ale tak twierdziła reklama w metrze, a koreańskie wony skupują kantory w Polsce).

Zdjęcie0796

A co najdziwniejsze, w Seulu Europejczyk nie czuje się wcale „obco”. Tak, ulice wyglądają trochę inaczej. Wśród wieżowców stoją czasem pagody. Ze wszystkich stron otaczają cię setki reklam, szyldów i napisów, z których nie rozumiesz ani literki. Wokół sami Azjaci, a ty, drogi turysto z Polski, nagle zamieniasz się w mniejszość rasową. Ale – o dziwo – wcale nie jest ci z tym źle.

 b

Są kraje, w których jako „obca” czułam na sobie spojrzenia – niekoniecznie miłe. Ale mieszkańcy Seulu mają dużo ciekawsze rzeczy do oglądania… Głównie w swoich telefonach. Chodzą, siedzą i jedzą zapatrzeni w małe ekraniki. Więc jeśli – drogi turysto – nie trafisz na pierwszą stronę koreańskich wiadomości w Internecie… to jest spora szansa, że „tubylcy” nawet cię nie dostrzegą.

 c

A co, jeśli poprosisz ich o pomoc? Poznasz ludzi miłych i uczynnych. Nikt nie pośle ci krzywego spojrzenia w stylu „a-ta-czego-tu-znowu-chce”. Nikt nie wymiga się hasłem „ja nie mówić angielski”. Mało tego: jeśli w metrze odpowiednio długo postoisz z miną „kurcze, jak tu dojechać do…” (czyli jakieś 10 sekund), na pewno w końcu jakiś Koreańczyk zlituje się i sam zaproponuje pomoc.

 CIMG9752a

Co jeszcze? Internet twierdzi, że w Korei nie działają zwykle polskie telefony. Nie pytajcie mnie, dlaczego, bo się na tym nie znam (podobno trzeba mieć komórkę, która radzi sobie z jakimś tajemniczym 3G). I rzeczywiście: na lotnisku można wypożyczyć aparaty lokalne. Tyle, że moja stara nokia tuż po wylądowaniu oznajmiła radośnie, że sieć znalazła, a roaming Orange wręcz nie może się doczekać, gdy spróbuję zadzwonić do Polski – bo za każdą sekundę będę odtąd płacić nawet nie jak za zboże, ale jak za diamenty. Dzwonić nie próbowałam, ale sms-y dochodziły w obie strony.

 CIMG9780

Tak w sumie, jedyna „wada” Korei, o której mogę napisać, to brak bezpośrednich lotów z Polski***. Ale… LOT podobno ma dołączyć Seul do swojej oferty. Więc kto wie – może za rok będzie można wsiąść do samolotu w Wa-wie, zobaczyć film, zjeść kolację, przekimać 6 godzin i obudzić się już nad Koreą? Trzymam za to kciuki!

A na kolejne wrażenia i zdjęcia z Seulu zapraszam już za kilka dni. I tym razem na blogu zrobi się naprawdę kolorowo…
Zdjęcie0337

*Na szczęście tylko w metrze ;-)

 ** Nie, moich wpisów nie sponsoruje ambasada Korei. A szkoda… ;-)

***OK, przyznaję: podróż do Korei ma jeszcze jedną wadę: „jet lag”. Różnica czasu wynosi aż siedem godzin, a to mało który organizm zniesie bez szwanku. Mnie kryzys dopadł po powrocie do Polski i przez dwa dni przypominałam zombie. Ale znam osoby, które problemy ze snem miały w obie strony – także po przylocie do Korei.