Na gościnnych występach…

Dzisiaj dwie małe nowości. Numer jeden – przerobiony naszyjnik, który zgłosiłam wcześniej na konkurs Royal Stone. Przerobiony, bo choć w teorii zestawienie turkus kontra bordo mi się podobało… to w praktyce zawsze, gdy miałam go założyć na szyję, wybierałam w końcu coś innego. Więc czerwonym szkiełkom powiedziałam „a-fru-mi- stąd!” – i kolię uzupełniłam drobnymi koralikami w odcieniach granatu. No i efekt prezentuje się tak:

CIMG7446

A druga nowinka to kolczyki na sesję koleżanki, która dzierga cudowne swetry i chusty – i czasem umawia się ze mną na robienie zdjęć na swojego bloga. Tym razem zapytała, czy nie mam jakiegoś pomysłu na fioletowe kolczyki… I nieświadomie zapewniła mi tym rozrywkę na kilka kolejnych tygodni, bo robiąc dla odmiany kolczyki – których sama nie noszę, bo nie mam przekłutych uszu – bawiłam się świetnie i w sumie powstało aż siedem różnych wzorów.

A w dniu sesji i tak wygrały jednogłośnie te, które powstały jako pierwsze. Jak to zwykle u mnie: pokręcone i koralikami upstrzone. ;-)

kolczyki
http://mariadegustibus.blogspot.com/2015/04/zimowa-noc-wiosenna-moc.html

Konkursowo…

Dzisiaj dwa naszyjniki wykonane na bazie podobnego pomysłu – na dwa różne konkursy. Turkusowy miał być wyjściowo z różem, ale gdy zobaczyłam zdjęcie do konkursu Royal Stone, sięgnęłam jednak po czerwień.

blog
A to efekt wyrzucenia na łóżko zawartości kilku kubeczków z koralikami, znaczącego chrząknięcia „no i co ja mam z wami zrobić…” oraz kolejnej wizyty na stronie Szuflady. Czyli delikatna kolia z masą perłową – w sam raz dla syrenki, niekoniecznie warszawskiej (choć tak w sumie – sąsiadkami jesteśmy, wypadałoby o przedstawicielkę lokalnej fauny magicznej zadbać).

koliadlasyrenki

I niniejszym zgłaszam naszyjnik do wyzwania koralikowego:

http://szuflada-szuflada.blogspot.com/2015/03/otworz-szuflade-w-marcu.html

BANEREK

Zamiast portfela…

…lub zamiast świnki skarbonki. A wszystko zaczęło się od rubla. A konkretnie to dwóch.

monety

Na spacerze z psami zauważyłam na trawniku dużą monetę – co w sumie nie dziwi, bo 15 metrów dalej jest kantor wymiany walut. Ruskie orlisko mi się nie spodobało – gdy na nie spojrzałam od razu pomyślałam o groźbach Putina i miałam ochotę ukręcić ptaszysku oba łby. Ale sama „dwójeczka” – z wdzięcznie wygiętym listkiem obok – wpadła mi w oko. A że miałam akurat w domu do wypróbowania nowy, niebieski sznurek…

Później sięgnęłam po kolejne, gromadzone przez lata w domu monety. Te z dawnych wyjazdów – z czasów, gdy jeszcze nikt o euro nie słyszał – uliczne „znajdy” i pamiątki z podróży do Tajlandii. No i wyszedł w końcu naszyjnik z gatunku „wyginaniec moneciasty”… Kto wie, jeśli przy kantorze znowu ktoś sypnie zagranicznym groszem, to może za kilka lat doczeka się kontynuacji? Albo wkrótce przerobię go na coś innego…

Po długiej, zimowej przerwie…

Dawno na bloga nie zaglądałam, oj, dawno… Ale czuję się usprawiedliwiona – bo równie dawno do mojej kuchni nie zaglądało w niedzielny poranek porządne słońce. A bez niego – ze zdjęć nici. Tak więc nowe biżuty powstają, hobby kwitnie, ale dokumentacji porządnej brak. Cóż począć – taki mamy klimat…

Z robótek najstarszych – oto naszyjnik, który zrobiłam na prośbę przyjaciółki – która wybrała kolory i materiały – jako prezent dla jej Mamy. Oby się nosił dobrze, bo robiłam jak dla Mamy własnej :-)

czerwony 

A z nowszych – kolczyki, które zgłaszam niniejszym na wyzwanie Szuflady:
rozc
baner

http://szuflada-szuflada.blogspot.com/2015/03/wyzwanie-nr-3-przez-rozowe-okulary.html

Różowe kamyki miały z początku być częścią naszyjnika, ale w końcu trafiły „wyżej”. Generalnie – róż do moich ulubionych kolorów nie należy… Ale jeśli po dwudziestu operacjach plastycznych zamienię się jakimś cudem w Barbie i na dokładkę przefasonuję sobie mózg – to mam już co założyć na randkę z Kenem ;-)

 

W stylu retro

CIMG4561
Tym razem komplet na dzień i na wieczór (do wyboru: wisiorek lub naszyjnik oraz pierścionek). Miało być „na bogato” i miało się odrobinę kojarzyć z biżuterią wiktoriańską…
O ile proste koraliki i kamyki za kilka zeta mogą się w ogóle kojarzyć z diamentami i tonami złotniczych cudów, które damy nosiły dawniej na arystokratycznych szyjach ;-)
naszyjnik nieb komplet
I jak zwykle – z początku myślałam tylko o wisiorku. Ale gdy już ucięłam ostatnią zwisającą nitkę… to połączenie granatu koralików z szaro-niebieskim kamieniem tak mi się spodobało, że postanowiłam bawić się dalej ;-)

Wisiorków jak mrówków

wisiory3

Zielone, czerwone, złote – do wyboru, do koloru. Robótki małe i nieskomplikowane, więc niemal każdego wieczora powstają ze dwie nowe. A o poranku mam niespodziankę – bo w sztucznym świetle koraliki wyglądają trochę inaczej i tak naprawdę nie wiem, jak całość się prezentuje, dopóki nie zobaczę jej, gdy świeci słońce.
zbiorcze wisiorki
Czasem odkładam jakiś wisiorek na kilka dni, bo niby jest OK… ale jakoś nic wewnątrz mnie na jego widok się nie „uśmiecha”. A później nagle do niego wracam, dorzucam ze dwie warstwy koralików w kontrastowych kolorach – i nagle wszystko zaczyna ze sobą grać. Najwyraźniej jedyna zasada, jaką podświadomie stosuję do biżuterii, brzmi: „duże jest piękne”…

I szkoda tylko, że przy okazji nie stosuję jej też do niektórych części mojego ciała. Oj, podskoczyłaby mi wtedy samoocena, że hej… aż pod sufit! ;-)

Rechot w jeziorze

CIMG4695
I kolejny naszyjnik, który w planach miał być wisiorem, ale odrobinę „zmutował”.  Najwyraźniej gdzieś w okolicach sypialni mam źródło tajemniczego promieniowania – które sprawia, że biżuteria rozrasta się jak Hulk po skoku adrenaliny.
naszyjnik niebieski 1
Tym razem zaczęło się od niebieskiego „listka”, który później obudowałam elementami z zielonymi kamieniami i szkiełkami. A całość utrzymana w tonacji zamulonego jeziora – takiego, na którym co wieczór konwersuje w najlepsze setka żab. Oczywiście – bardziej romantycznie mogłabym udawać, że chodziło mi o barwy pawiego ogona itp… Ale co się oszukiwać – jak się foty robi z żabą, to się człowiekowi kojarzy właśnie bajoro ;-)

Biżutów jak ślimaków

No, dobra – doszłam już do momentu, gdy mam tyle nowych błyskotek, że rano wieszam na krześle kieckę, wyjmuję pudełka z wisiorkami – i kompletnie nie wiem, co mam na szyję założyć. Bo nagle okazuje się, że do sukienki pasuje mi dziesięć różnych modeli. Normalnie, rozmnaża mi się to to jak ślimaki w ogródku koleżanki.
Szczęście, że uszu przekłutych nie mam. Bo gdybym musiała jeszcze wybierać między setką par kolczyków, to chyba przez dwie godziny z domu bym nie wyszła.

A w ramach prezentowania nowości: dwa wisiory z zielenią…
zielony czerwony wisior

zielonofioletwisior

…oraz naszyjnik „orientalny”. Na początku to miał być malutki wisiorek: kolorowy kwiatek.  Zrobiłam – i stwierdziłam, że słodkie to jak dla Barbie, a ja jednak bardziej Cruellę wizualnie przypominam… Więc „obudowałam” kwiatek kolejnymi rzędami koralików. A jak się rozkręciłam… to zatrzymałam się dopiero, gdy koraliki pokrywały mi już pół szyi ;-)
orient2

Kwiatek – odsłona pierwsza

Kolejny wisior, znowu w moich ulubionych kolorach. No mówi się trudno – przy innych mam blokadę i ani rusz. Mogą mi się podobać zestawienia fioletu albo czerwieni z pomarańczą, mogę się nimi nawet zachwycać… Ale gdy sama próbuję dorzucić do robótki jakiś pomarańczowy element – a później przystawiam „toto” do własnej twarzy – to kończy się wielkim pruciem. Podobnie jak z żółtym, czarnym, szarym itp.
wisior niebieski kwiat
No i dlatego „kwiatek” ma prawie takie same kolory, jak wcześniejszy skarabeusz… I naszyjnik z listków.
agaciki
Bo o ile pod względem kształtów moja wyobraźnia czasem „idzie na całość”, to w kwestii barw jest zapyziałą konserwatystką… ;-)

Wyszedł żuczek z szuflady…

…i trafił prosto na kolejny wisior. ;-) Skarabeusz przeleżał sobie w kącie kilka ładnych lat – samotny i zapomniany. Dziś już nawet nie pamiętam, jak do mnie trafił. Albo przywieźli mi go z wycieczki przyjaciele, albo sama dostałam go w Egipcie przy okazji biżuteryjnych zakupów – jako „gratis na szczęście”. W każdym razie nie za bardzo wiedziałam, co z nim zrobić, ale nie wyrzuciłam – no bo jakże to, wywalić z domu skarabeusza? Toż to zbrodnia równa podarciu na kawałeczki czterolistnej koniczyny…

A ostatnio sobie o nim przypomniałam – i nagle mnie „olśniło”. Toż mój żuczek ma dziurkę w środku… I jest koralikiem! A co się robi z dużymi koralikami? W dodatku – w tak pięknym kolorze?…
skarabeusz
Pół godziny później doczepiałam już do wisiora krawatki. Dwie – by nie odwracał się na „lewą” stronę nawet, jeśli zawieszę go na długim rzemyku, a nie na sztywnej, metalowej obroży. I tak mój skarabeusz zyskał kolejne wcielenie… ;-)