Od gorsetu – do kolii

Zakopiańskich inspiracji ciąg dalszy… czyli naszyjnik „procesyjny”. Na urlopie miałam farta i podczas procesji na Boże Ciało mogłam sobie pooglądać (oraz obfotografować) góralki w cudownie kolorowych, ozdobnych strojach. Wszędzie cekiny i hafty, każdy gorset z innym wzorem… Aż człowiek żałuje, że w mieście się urodził – i jakoś nie ma okazji, by sobie zafundować ludowy strój ;-)
CIMG2870
A wśród wdzianek, które migały mi w tłumie, był też gorset z ozdobami w odcieniach brązu, różu i zieleni. Sam strój nie spodobał mi się może najbardziej (bo dla mnie, to wiadomo – ma kobieta błyszczeć i basta, bez cekinów ani rusz), ale zestawienie kolorystyczne zdecydowanie tak. I po powrocie do Wa-wy, zerkając czasem na zdjęcia, postanowiłam zrobić naszyjnik, który właśnie tym gorsetem byłby (chociaż z lekka) inspirowany. A efekt poniżej…
różowy

Od lisa do żółwicy

Dlaczego od lisa? Bo dawno, dawno temu, gdy w szkole na ZPT kazali mi wydziergać szalik, zrobiłam totalnie skręcony rulon. Dzieło me zasługiwało co najwyżej na 3- (za dobre chęci), a moja Mama na jego widok z lekka się załamała. Nie chciała mi chyba robić przykrości – bo dziecię nad owym rulonikiem jednak się napracowało – ale też wolała uniknąć kiepskiego stopnia. I w efekcie sięgnęła po żelazko, doszyła guziki jako oczka, wyhaftowała nosek… i nagle mój zrulowany szalik zamienił się w lisa. Lis panią od ZPT zadziwił – i zasłużył na całe 4+. A ja dostałam od Mamy cenną lekcję – że przeróbki się opłacają. No i właśnie ostatnio zrobiłam kolejną przeróbkę…
żółw
Wyjściowo miało „toto” być eleganckim wisiorem z agatem w środku. Niestety, jak zaczęłam kamień „oplatać”, to się okazało, że za mocno napięłam sznurki – i robota się wygina. Pruć mi się jakoś nie chciało. Robiłam więc dalej, aż powstała sutaszowa „kopuła”. Z lekka się podłamałam, ale brnęłam dalej. Wycięłam z centralnej części kamień, puste miejsce wypełniłam koralikami… I doznałam olśnienia: toż to jest skorupa! A później „ewolucja” poszła już na całego: łapki z koralików, pękaty brzuszek z filcu do środka – no i teraz mam żółwicę… Na imię jej Klementyna – i od wczoraj pilnuje, bym nie zgubiła kolejnej igły ;-)

Depresja z kroplą amarantu

Ciąg dalszy urlopowych nowości… czyli naszyjnik z serii: wpadłam w załamkę, obżarłam się czekolady i na pocieszenie znacząco powiększyłam ilość biżuterii w pudełku z sutaszem.
kropla amarantu
Tym razem wyszedł szaro-fioletowy wisior z agatem. Tak z rozmachu dorobiłam od razu do niego prostą „obrożę” z kryształków. I jakby się trafiła okazja, by zaprezentować na szyi wielki błysk, to wystarczy ukryć drucik, do którego doczepiłam wisior pod naszyjnikiem – i całość wygląda jak kolia. A jeśli się nie trafi, to cóż – obróżkę zawsze można nosić osobno. Jedno jest pewne: w mojej garderobie żadna sztuka biżuterii się nie zmarnuje… ;-)

Depresja w turkusie

A dzisiaj efekt urlopu, a konkretnie powrotu z krótkiego wypadu do Zakopanego. Na wyjeździe bawiłam się świetnie. Oddychałam pełną piersią (no bo jak takiej jakości tlen marnować), szumu strumyków słuchałam i pamiątek cały plecak do domu nawiozłam. A po powrocie – był dramat.
zakopane
Bo choć do pracy nie musiałam chodzić jeszcze przez bity tydzień, nie chciało mi się NIC. Nagle poczułam, jak zatęchłe mamy w Wa-wie powietrze, dostrzegłam, jak szaro wyglądają ulice… Nawet do knajpy nie miałam ochoty wyskoczyć – bo ceny wyższe, a żarcie gorsze niż na Krupówkach (gdzie są najlepsze pierogi z mięsem na świecie). Normalnie: klasyczna powyjazdowa deprecha. Gdyby nie psy, pewnie w ogóle nie wychodziłabym z domu. A jedynym zajęciem, na które nie reagowałam z obrzydzeniem okazało się… robienie sutaszu.

Kupiłam w końcu porządny zestaw igieł – i jak się rzuciłam za obrabianie gromadzonych przez ostatnie miesiące koralików… to skończyłam dopiero, gdy straciłam czucie w pokłutym totalnie palcu (a nawet dwóch). I przekonałam się, dlaczego ludzie wymyślili naparstek… Efekt: 4 naszyjniki, jeden wisior oraz ozdoba na torebkę. A pierwszy z serii naszyjników  „depresyjnych” wygląda tak…
brązowoniebieski