Kwiaty i złośliwość nici

A dzisiaj to sobie trochę ponarzekam. Bo jakbym koralików, nici i igieł nie upychała do woreczków i miseczek – ciągle coś gubię.

Zasada jest prosta: szpulka nici, która zaginie mi tajemniczo o godz. 22.00 i której szukam desperacko do północy, następnego dnia rano znajduje się sama. Leży sobie cholera na środku łóżka i jawnie ze mnie kpi. Jeśli koraliki spadną ze stolika, to zawsze uciekają dokładnie w okolice najbliżej leżącego psa. Który obowiązkowo zrywa się, włazi w nie wszystkimi czterema łapami – i później roznosi połowę materiału na naszyjnik po całym domu. A o tym, jak bujne życie prowadzą niektóre z moich igieł – po tym, jak „wybrały wolność” – już nawet nie wspomnę. Na kolanach błagałam, by wróciły – przeczesując cały dywan. Nic z tego, one wolą przygodę. Zobaczymy się zapewne za kilka lat, zupełnie przypadkiem, przy okazji odsuwania łóżka albo szafy…
kwiat koraliki
Jednak mimo zdecydowanie negatywnego nastawienia gromadzonego przeze mnie materiału – który jest gotów na wszystko, by nie dać nadziać się, przeszyć i zamienić w kolejną sztukę biżuterii – ostatnio udało mi się wyhodować kilka kwiatków. Wesołe, kolorowe – i na maksa koralikowe. Czyli bukiecik pod hasłem: „a więcej tego badziewia to już w okolicy nie było????” ;-)

Wyginaj sznura śmiało…

Dzisiaj ostatni wpis przed urlopową przerwą – i wyginaniec roślinny. Kiedyś już zrobiłam naszyjnik z podobnych elementów – koralikowych „listków”. I była wielka improwizacja – jak sznurek mnie poniósł, tak go gięłam…

zielone

Ma trochę nierówności – przyznaję – i to mimo, że w wolnej chwili „podrasowałam” go przeszywając dodatkowo żyłką. Problem jednak w tym, że użyłam do niego sznurków o różnych fakturach – grubego, sztywnego zielonego i cienkiego, bardziej giętkiego złotego. A w takim wypadku – jakby się człowiek nie starał, sznurki idealnie przylegać nie będą. O czym się przekonałam oglądając ostatnio kolczyki wystawione w jednej z galerii. Zrobione przez profesjonalistkę, drogie jak cholera, a też nierówności miały. Więc co ja się będę moimi niedoróbkami przejmować… ;-)

roślinnya

A dziś kolejna wersja „roślinnej improwizacji”. Inny kształt i kolor – choć „listki” szyte w identyczny sposób – a całość raczej wieczorowa, bo naszyjnik wymaga sporego dekoltu. I nie ukrywam – nie mogę się już doczekać kolejnego wyjścia do teatru, by w końcu wynieść go na szyi w wielki świat ;-)

Barbie kontra dobry gust – 1:0

A dzisiaj spóźniony prezent, który zrobiłam sobie z okazji 1 czerwca. A co, podobno dorośli powinni pielęgnować w sobie wewnętrzne „dziecko”, więc…

No więc ja cofnęłam się w rozwoju do lat kilku – do czasów, gdy jeszcze miałam złudzenia, że moja bajka zakończy się kiedyś happy endem. Takim z gatunku: księżniczka w zajebiście eleganckiej kreacji wiruje na parkiecie w ramionach swojego prywatnego księcia. Czas owe złudzenia zweryfikował: księcia na horyzoncie brak, zamiast drogich kreacji w szafie króluje lumpeks… A figura i twarzyczka też nie do końca takie, jak w filmach Disneya. Efekt na kolana więc nie powala. Ale za to kolię zafundowałam sobie dokładnie jak z marzeń 7-latki: kolorową, błyszczącą i słodziutką jak wata cukrowa. Nic tylko zapakować do pudełka z zestawem „Barbie idzie na bal”…

bajkowy

Z żabą w tle

…czyli dwa ostatnie naszyjniki, które dorzuciłam do pudełka z sutaszem. Pierwszy w „pawich” kolorkach (którego zdjęcia zapowiadałam ostatnio) – nosi mi się całkiem miło, ale nie gwarantuję, że za jakiś czas nie przerobię go jednak na coś innego.

pawiowomi

I kolejny, łączący te same elementy bazowe w trochę inny sposób – po każdej stronie trzy duże naszyte jeden na drugi i pośrodku turkus. Aktualnie mój ulubiony, bo pasuje mi aż do czterech letnich sukienek ;-)

fioletowomi

A gdyby ktoś się zastanawiał dlaczego i skąd nagle w środku siedzi żaba… Otóż kamyczek jest na specjalne życzenie mojego aparatu, który stwierdził, że gdy naszyjnik jest okrągły i po jego ułożeniu na blacie zostaje w środku biała „pustka”, to on współpracy odmawia – i nie, męczyć się z ustawianiem ostrości na coś takiego nie będzie. I bardzo prosi, by centralnie było jednak na zdjęciu „coś”. No więc poddałam się – i „cosiem” została malowana żaba…