Pawiu, pawiu, pokaż ogon…

Wyobraźnia działa – a igła znów śmiga ;-) I tym razem do pudełka z biżuterią dorzuciłam „pawie pióra”.

 ślubny

Zaczęło się od elementu wymyślonego przy okazji naszyjnika z motylem – czyli „główka” z koralików plus zagięta „łodyżka”. Zrobiłam kilka i połączyłam w kolię (z której nitki wciąż sterczą na wszystkie strony świata, więc zaprezentuję później… w porywach do: „dużo, dużo później”) – ale zadowolona byłam średnio. Bo ten nowy element, co tu ukrywać, po kilku naszyjnikach zaczął mi się nudzić. W końcu pomyślałam więc: a co, gdyby po dużym „pawim oku” rozwinąć motyw na boki – dodając po kilka koralików? No i tak powstało siedem elementów w kształcie (z lekka rozkraczonej) litery V, które wystarczyło później połączyć na końcach. Co na szyi prezentuje się następująco:

 paw
Ech, przydałaby się jakaś większa impreza, by wypróbować „pawie pióra” w akcji… ;-)

PS Ale „rumieniec” na mej szyi to nie efekt emocji – że niby robiąc zdjęcie i myśląc o imprezie taka podekscytowana byłam… To wyłącznie zasługa mojej głupoty i spędzenia godziny na słońcu bez kremu z filtrem. Nie chciało się babie skoczyć po mazidło do apteki – to teraz ma szyję jak indor :-(

Granat z różem

Co nowego? Zapowiadany eksperyment z łączeniem elementu, który „wymyślił się” przy okazji naszyjnika z motylem. Tym razem miało być coś małego, delikatnego (jak na mnie) – ale mimo wszystko ozdobnego. I wyszło, co następuje:  

koralikowo
Eksperymentów było ostatnio więcej, ale wciąż sterczą z nich nitki – we wszystkie możliwe strony świata. Gdy znikną, sięgnę w końcu po aparat. A wtedy koraliki znów zaczną błyskać, że hej! ;-)

Motyliskiem byłem…

…ale się odchudziłem. A efekt – czyli zapowiadana druga odsłona naszyjnika z motylem – wygląda tak:

 motyl

W tej wersji podoba mi się dużo bardziej, ale nie gwarantuję, że wkrótce nie wymyślę wersji numer trzy ;-)

Na razie jednak spodobał mi się wymyślony przy okazji detal – elementy z koralikami, którymi motyla „obudowałam”- i postanowiłam trochę z nim poeksperymentować… Efekty niedługo!    

Kwiatuszek na sterydach

W ostatnich dniach słońce nie raczyło mi zaświecić na kuchenkę – która służy mi za tło do robienia większości fotek naszyjników – więc przemiany motyliska na razie pokazać nie mogę, bo zdjęć „niet”. Ale za to mam kolejną robótkę z cyklu „wielka improwizacja”. Zaczęło się od kolorowej tuniki w taki oto wzorek:

CIMG1463

Zestawienie kolorów mi się spodobało – i postanowiłam zrobić podobną broszkę. Ot, zwykły kwiatuszek. Po kwiatuszku pomyślałam: a, co mi tam, film nudny, wieczór długi – dorzucę może jakiś listek… A skończyło się na tym:

 meksyk

Czyli tak w sumie, na mojej prywatnej „klasyce”: duże, wesołe, kolorowe – to jest to! ;-)  

Między pawiem i kałużą

I kolejna wariacja na ulubiony temat: „niebiesko mi”…

Niemal za każdym razem, gdy idę na giełdę minerałów, wracam z jakąś zawieszką z agatu. Albo nawet z kilkoma. Bo są tanie, bo przyciągają mnie ich kolory… A później lądują na dnie szkatułki z wisiorami i o nich zapominam. Do kolejnego roku, gdy dorzucam nowe zdobycze – i nagle odkrywam, że podobnych to mam już kilka. Dlatego ostatnio postanowiłam szkatułkę otworzyć i część wisiorów rozbudować, tworząc naszyjniki.

niebieskie
I to właśnie kolejna odsłona z cyklu „zwis damski obudowany” – tym razem w odcieniach niebieskiego. Gdybym miała w sobie więcej romantyzmu, pewnie barwy agatu by mi się z jakąś egzotyczną laguną skojarzyły… Albo chociaż z pawim piórem. Ale tak w sumie, to ten wisior najbardziej mi przypomina kałużę z plamą oleju, którą minęłam ostatnio w drodze do roboty. Całkiem ładna była, serio ;-)

Motylem w łeb?

Jak zapowiedziałam – przyleciały nowe motyle. A raczej: wielkie motylisko i jeszcze większe motylidło, ze szkła weneckiego i kamiennych koralików. Takie, że jak by mnie napadł na ulicy jakiś ciemny typ – nic tylko zdjąć naszyjnik, wziąć zamach i można nokautować ;-)

 motyl

Elementy naszyjnika połączyłam łatwymi do rozgięcia ogniwami, żeby motylisko dało się nosić również jako wisior. A motylisko różni się od motylidła, bo po prostu nie miałam czterech identycznych paciorków ze szkła weneckiego na dwie pary skrzydeł. Mówi się trudno – w naszyjniku kwitnie przyjaźń międzygatunkowa…

PS A tak właściwie, to ten wpis zrobił się nieaktualny już po kilku dniach. Bo wczoraj wieczorem motylisko zamieniło się w zupełnie nowy naszyjnik – tym razem w wersji „light”. Zdjęcia wkrótce ;-)

Wiosna atakuje!

Wiosna tego roku okazała się podstępna i bezwzględna. Zaatakowała mnie w drodze z pracy do domu – delikatnie uchylając furtkę do ogródków działkowych, które przez trzy ostatnie lata mijałam beztrosko idąc na przystanek autobusowy. Podziałało – wlazłam z ciekawości na teren. I na widok tamtejszych kwiatów, grubych kotów oraz bezczelnych sikorek (które nie boją się chyba nikogo i niczego, skoro koty są tak przekarmione przez działkowiczów, że ledwo łażą), zaniemówiłam.

Od tej chwili zaglądam tam niemal każdego dnia i nawet zafundowałam kwiatkom sesję zdjęciową. A gdy obejrzałam niemal setkę ogrodowych fotek… doszłam do wniosku, że mam wyraźną słabość do różu – o co wcześniej nawet się nie podejrzewałam. No i w efekcie mam też nowy naszyjnik.

zielonoróżowe

A by dorzucić do garderoby wiosenną dawkę koloru, zrobiłam także kilka toreb na zakupy. Przepis jest prosty: wyszukać w ciuchlandzie coś, co ma fajny materiał, dodać pasujący kolorystycznie krawat lub apaszkę w roli „trzymadła”, kilka prostych szwów – i gotowe. Od lewej: spódnica tajska, tunika z Indii oraz chińska kamizelka – w nowych, torbowych wcieleniach.

torby

Jasne, że wolałabym je nosić na tyłku (lub innych częściach ciała) w wersji ubraniowej. Ale skoro centymetrów w talii wciąż przybywa… To mówi się trudno: część ciuchów zmienia zastosowanie. Rozpadną mi się pewnie po jednym sezonie. I utrzymają maksymalnie z 5 kg. Ale wiecie, co? Kiedyś polowałam na oryginalne, kolorowe torby na zakupy na allegro. Każda kosztowała jakieś 50 zeta… I też mi się rozwaliły. Więc teraz naprawdę wolę takie, które kosztują złotych 10.