Motylkowo mi…

…czyli kolejne nowości, jakie ostatnio trafiły do pudełka na sutasze. Na początek: tak wygląda naszyjnik „wąż-nie-wąż” na szyi.

CIMG1174

A tak obroża „przeplatanka”, która posłużyła za rusztowanie dla pokaźnego kwiecia, jakie zrobiłam zaraz na początku fascynacji sutaszem. Zrobiłam – i nie miałam zielonego pojęcia, jak nosić. Obudowywałam kwiatek już dwa razy, za każdym razem wszystko później prując. Aż w końcu postawiłam na plecionkę, dorzuciłam kupny chwost… I teraz całość jest taka jakaś „bardziej”. Nie wiem co prawda, co owo „bardziej” oznacza – udziwnione, rzucające się w oczy, czy po prostu: „moje”? Ale się mi podoba – i kolejnych przeróbek nie planuję!

plecionka
A mój ostatni eksperyment to motyle. Na razie powstały trzy – z resztek sznurków i koralików, jakie zostały mi po zrobieniu naszyjników. I znowu nie wiem, co dalej. Może wiosenne broszki? Ale nie ukrywam, że hodowla motylków mi się spodobała, więc wkrótce nadleci ich więcej…

motyle

 

Wężowo mi…

Przyznaję: pisać mi się ostatnio nie chciało, bo wieczorem łatwiej chwycić za igłę, niż włączyć kompa. Ale że naszyjników – i nie tylko – przybywa mi ostatnio w tempie ekspresowym… czas nadrobić zaległości ;-)

Na początek: prosta robótka, która w założeniu miała być pracą na konkurs Royal Stone (a co mi tam, raz spróbować można). Inspiracją było zdjęcie węża…

1961956_630859433628634_2005926850_o

Ale niestety, po drodze coś poszło nie tak…
Małgorzata Karnaszewska Wąż

 To znaczy: mnie naszyjnik się podoba i ja w nim ową gadzinę dostrzegam – i w kolorach, i w „zakrętasach”. Problem w tym, że nie widzi go nikt poza mną. Dlatego pseudo-wężowa kolia na konkurs jednak nie trafiła. Ale za to na mojej szyi gości całkiem często. ;-)
CIMG1024

Poza tym ostatnio do pudełka z biżuterią dorzuciłam kilka prostych, przeplatanych obroży – ot, na jeden wieczór miałam ochotę się zresetować i pobawić kolorem. A do tego nie chciałam niszczyć niepotrzebnie sznurków. Jak wymyślę dla nich lepsze zastosowanie, wystarczy, że przetnę kilka nitek, rozplotę warkocz – i na nowo będą zdatne do użytku.

Co jeszcze? A tak… Były święta. No i tutaj mogę tylko westchnąć ze skruchą: tak, całe poranki spędzałam z kawą, czekoladą oraz igłą w ręku. Żadnego sprzątania. Żadnego gotowania. Tylko ja, obżarstwo i… broszki, ozdoby do włosów oraz w sumie aż sześć naszyjników. I wszystko zatrzymało się na etapie: trzeba tylko wykończyć. Problem w tym, że owo malutkie „tylko” urosło chwilowo do wielkości dwupiętrowego bloku. Bo zabawa w tworzenie nowych kształtów jest miła, ale ukrywanie nitek i podszywanie filcu to już obowiązek – którego konsekwentnie przez święta unikałam. Ech, byle do majowego weekendu dotrwać… ;-)