Na pożegnanie zimy…

Gdy ostatnio przechodziłam obok budki z szalikami – i zerknęłam na kolorowe „opatulacze” na szyję – idąca obok koleżanka tylko prychnęła: „To sama zrobić nie możesz?”. No i mnie zmobilizowała ;-)

Przyznaję: szalika lub chusty robić mi się nie chce. Siedzi się nad tym z tydzień – albo i dłużej – a na mieście jest 1001 do wyboru i to po 20 zeta. Jasne, że włóczka nie jest w nich wysokiej jakości, ale mnie na tym akurat nie zależy – i tak za rok kolory pewnie mi się znudzą. Ale czapka… to co innego. Tutaj wybór jest na mieście dużo mniejszy i jak się szuka czegoś konkretnego, to można chodzić po sklepach i ze dwa tygodnie – bez skutku. Ja konkretnie szukałam czegoś, co by pasowało do indyjskiej chusty (na wiosnę), niebiesko-fioletowego „komina” oraz morskiego, sztucznego futerka. Po wizycie w pięciu sklepach straciłam cierpliwość… i zajrzałam w końcu do pasmanterii. A w niej znalazłam bajecznie kolorową włóczkę w ciapki.

Efekt: trzy czapki w trzy wieczory szydełkowania. Z jednego motka, więc choć ta akurat wełna była dość droga – dwadzieścia kilka złotych – i tak każda kosztowała mnie poniżej 10 zł. Jedna cieplejsza – robiona półsłupkami. Dwie lżejsze i przewiewne. W żadne wzory, ażury czy warkocze się nie bawiłam, bo od początku chodziło mi wyłącznie o kolor. A poza tym: skoro nie wiedziałam, czy starczy na nie włóczki, nie chciało mi się nad nimi męczyć. Po prostu szydełkowałam prostą opaskę ze słupków i dorabiałam później do niej górę. Jasne, że to łatwizna. Ale gdy zakładam je na głowę, efekt i tak mi się podoba, więc…

…no właśnie: więc ten wpis to tak naprawdę podziękowanie dla koleżanki od bloga mariadegustibus. Bo to właśnie ona – mistrzyni robienia na drutach – wtedy na mnie „prychnęła” i zagoniła do szydełkowania ;-)

Jestem środą

Tak – wiem, że wpis powstaje w czwartek. Ale co na to poradzę: jestem skrzyżowaniem europejskiej lwicy, chińskiej tygrysicy oraz… tajskiej środy. Bo w Tajlandii wiedza o tym, którego dnia tygodnia człowiek przyszedł na świat, to podstawa.

Z każdym dniem jest związany inny wizerunek Buddy oraz inny kolor. Ja przyznaję: mam pecha. Bo środa to jedyny dzień, do którego przypisano aż dwie postaci Buddy – na dzień i na wieczór. A ja nie mam pojęcia, o której się urodziłam. No i jak tu dobrać odpowiedni amulet?

Ale za to kolor trafił mi się idealny: zieleń! Czyli to, co zodiakalne kocice lubią najbardziej…

I w związku z tym – dzisiaj zielony naszyjnik, który zrobiłam sobie na pamiątkę blasku i tysiąca barw, które mogłam zobaczyć w Bangkoku… Nie tylko na środę ;-)