Niebiesko, różowo mi…

Jako że 1 marca wybieram się na kolejną giełdę minerałów, dziś naszyjnik, który powstał dzięki poprzednim. Zaczęło się od kupna wielkiego, turkusowego wisiora – który mi się podobał, ale od roku tkwił na dnie szkatułki z biżuterią, bo niebieskich wisiorów to mam już w cholerę i ciut. Na kolejnej giełdzie zauważyłam dwie proste, leżące obok siebie bransoletki z kryształków – różową i niebieską. I stwierdziłam, że choć mnie takie połączenie w życiu by do głowy nie przyszło, to całkiem mi się podoba. A w ostatni weekend w końcu się zmobilizowałam – i wisior „obudowałam” naszyjnikiem.

I tym razem jest realna szansa, że będę „toto” na szyi nosić. Powód? Po koraliki sięgnęłam głównie dlatego, że ich barwy przypominały mi zdjęcie z Tajlandii, które aktualnie służy mi na kompie za tapetę. A w moim wykonaniu – skojarzenie z podróżami to jedyne słuszne skojarzenie… ;-)

Szczęście na czterech łapach

Dotąd było o robótkach – dziś o czterech łapach. A raczej o ośmiu. Bo tak naprawdę moje wolne wieczory wcale nie kręcą się wokół igły i koralików, tylko wokół dwóch merdających się ogonów. A blog powinien się nazywać „sierściuchowo”.

Numer jeden to Misiek. Przystojniak w sile wieku (ok 12 lat), który sprawia, że w moich żyłach regularnie krąży adrenalina… Ostatnio na przykład zrobił bardzo skuteczny test nowego dywanu – w kolorze turkusowym. Przyciągnął sobie miskę z buraczkami i wywalił je na samym środku pokoju. Cena miski: 20 zeta. Cena buraczków: 5 zeta. Mina właścicielki: bezcenna… Tak w sumie nawet na niego nie nakrzyczałam. Nie byłam w stanie. Na widok gigantycznej, buraczkowej plamy na dywanie, wydałam z siebie tylko bliżej nieokreślony skrzek (trochę jak w komiksowych dymkach: „Arghhhh”…) i na kilka sekund zamarłam, bo zawiesił mi się mózg. Mimo wszystko, Misiek przeżył. Dywan (o dziwo) też.

Tak w sumie, to Misiek miał być kotką. Lata temu miałam cudowną, kochaną suczkę o wdzięcznym imieniu Perła. Która wyła, szczekała i ogryzała ściany z tapety za każdym razem, gdy wychodziłam z domu. Ponieważ lubiła koty, postanowiłam zapewnić jej miauczące towarzystwo. Ale nim pojechałam w zimie do schroniska… przybłąkał się Misiek. Wychudzony ulicznik bez czipa. No, to jak nie brać, skoro dają?

Z początku trzymałam go na dystans. Bo szczęka szeroka – jak nic, ugryzie i pół ręki zmiażdży. Bo z pyska to do rottweilera odrobinę podobny… A co, jeśli to urodzony morderca? Postanowiłam wziąć do domu, obserwować, a jakby co: najmniejsze warknięcie – i do schroniska! Nawet imienia mu nadać nie chciałam. Tak na wszelki wypadek, żeby się nie przyzwyczaić.
I trwało to całe dwie godziny. Bo okazało się, że pada do góry brzuchem i nadstawia się do pieszczot za każdym razem, gdy tylko na niego spojrzę. No i jak takiego „miśka” nie przytulić? A co do stosunków z Perłą: okazał się 100 procentowym dżentelmenem i pantoflarzem. Który swoją towarzyszkę adoruje, uwielbia i nawet pozwala, by regularnie odganiała go od miski.

Misiek nie był raczej przyzwyczajony do życia w bloku i panicznie bał się windy. A nauka wyglądała… MASAKRYCZNIE. Przed wejściem do windy nagle odkrywałam, że mam psa z kauczuku. Któremu w magiczny sposób rozciągają się łapy – i rozkraczają we wszystkich możliwych kierunkach. Tak, by NA PEWNO nie dało się wepchnąć go do środka. Ale na tym właściwe problemy z nim się zaczęły – i po tygodniu skończyły.

A co z Perłą i jej „szaleństwem”? Efekt był natychmiastowy: z diablicy zamieniła się (niemal) w psi ideał. A po tygodniu jeden z sąsiadów zapytał nawet nieśmiało, czy piesek nadal żyje – bo tak cicho się nagle u mnie zrobiło… Po prostu: moja psica była idealnym dowodem na to, że nic nie poprawia kobiecie humoru tak, jak sypianie z porządnym facetem ;-)

Rok temu Perła, niestety, odeszła. Ja po miesiącu wzięłam ze Straży dla Zwierząt Frotkę… A Misiek ma dziś nową dziewczynę. I znowu: to ona w tym związku rządzi. Ale to już materiał na kolejną notkę…