Jak na patelni

Co zrobić, gdy na dnie pudełka połyskuje kilka nadprogramowych koralików? Które do niczego właściwie nie pasują? Ja zwykle je łączę – w najbardziej szalony kształt – i bawię się kolorem.

Dzisiaj trzy naszyjniki, które powstały tylko dlatego, że w domu miałam akurat parę zbędnych błyskotek. Rozwaloną kolię, elementy z ceramiki, rozpadający się pasek z plastikowych kryształków – chyba już sprzed 15 lat… W środku jest nawet kilka koralików, które znalazłam na ulicy na spacerze z psami.

Za każdym razem inny kształt, inny styl, inne kolory. Ale idea w sumie jedna: wziąć pudełko z koralikami, sięgać ręką w ciemno – i co się trafi, to się do robótki wrzuca.

Trochę jak przy robieniu jajecznicy. Otwierasz lodówkę i wrzucasz na patelnię, co znajdziesz: warzywa, mięso, rybę, ser… I czasem wychodzi niebo w gębie.

Albo błyskotka, która poprawia humor w szary, zimowy dzień…

Uciekając przed kurzem

Czyli czego to kobieta nie zrobi, by zagłuszyć wyrzuty sumienia. Zwłaszcza na widok psiej sierści na dywanie.

Ta konkretna kobieta zrobiła kolejny naszyjnik – tym razem z dużych, szklanych koralików. Delikatny nie jest, ale całkiem miło błyska się spod szarego żakietu. A powstał, bo nie chciało mi się spędzać wolnego popołudnia na sprzątaniu (choć powinnam) ;-)

Dodatkowo łeb sutaszowego „karpia koi” doczekał się kilku nowych łusek – no i szkic rybki nabrał ciutek zgrabniejszych kształtów. A do tego kupiłam drobne koraliki, z których planuję zrobić płetwy i ogon. Oraz kilka większych, błyszczących – które być może wszyję w „łuski” z zawijasów, żeby karp był nakrapiany.

Finał pewnie za kilka tygodni – rybka jest spora, więc „hodowla” musi trochę potrwać. No i kiedyś wypada w końcu zabrać się za domowe porządki… A nie tylko uparcie wbijać igłę w sznurek i wmawiać sobie, że „no przecież wcale się nie lenię”!

Koralikowe wyspy

I znowu jest kolorowo, błyszcząco i „zawijasowo” – czyli dokładnie jak lubię ;-)

Tym razem powstały dwie oddzielne, sutaszowe „wyspy” – bo akurat z innej robótki zostały mi nierówne kawałki zielonego i granatowego sznurka – które połączyłam trzema rzędami koralików.

Niestety – przy dwóch psach, które skaczą na mnie przy powitaniu jak szalone i wpychają łapy wszędzie, gdzie nie powinny – istnieje ryzyko, że koraliki wkrótce będę musiała zbierać z podłogi… Wystarczy, że któryś z futerkowców zaczepi pazurem. Ale póki co, naszyjnik jest w całości – i trafił nawet do pudełka „ulubione”.

Z chińskiej sadzawki…

Tym razem coś nie na szyję (oraz części ciała wszelakie), ale na ścianę – jeśli mi się uda. Otóż kilka tygodni temu kupiłam sobie cudowny, kolorowy batik z rybami.

I planuję zmienić do niego wystrój całego pokoju. Nowy dywan, nowe zasłony… A jeśli mi się uda, na ścianie pojawi się też złota ryba z sutaszu, cała z „zawijasów”. Pierwszy raz próbuję zrobić coś z odgórną „wizją” – powtarzając (mniej więcej) naszkicowany na kartce kształt. Co z tego wyjdzie? Zobaczymy. Na razie po weekendzie pojawił się rybi łeb.

Jeśli mi się nie uda, trudno – akurat ten złoty sznurek kupiłam przez Internet i gdy go zobaczyłam na żywo stwierdziłam, że jednak na biżuterię się nie nadaje. Więc jeśli trafi do kosza, płakać nie będę. A na razie szykuję się na kilka weekendów z igłą – bo to jednak spora rybka będzie…

Turkusowo

Na początek roku: coś nowego – z czegoś starego… czyli mój sposób na przerobienie prostego naszyjnika z indyjskiego sklepu, który kolorystycznie bardzo polubiłam, ale który przez rok leżał na dnie torby z biżuterią i ani razu nie wylądował na mojej szyi.

Dodałam złoto-turkusowe listki – i naszyjnik całkowicie zmienił charakter. No i teraz, skoro spędziłam nad nim aż dwa wieczory, pewnie zmobilizuję się w końcu, by częściej prezentować go światu ;-)