Na zielonym liściu

Przed świętami zaczęłam robótkę, dzisiaj efekt. Czyli wielki naszyjnik wyginaniec-połamaniec, który premierę miał z okazji rodzinnego spotkania na Boże Narodzenie. Ostatecznie kolorki ma wybitnie „choinkowe” (gdyby było lato, napisałabym raczej „żabiasto-liściaste”, ale cóż – skoro powstał w grudniu, to zielony kojarzy mi się tylko z jednym) ;-)

Po kilku wieczorach zabawy sznurkiem zrobiłam cztery osobne elementy, które połączyłam złotymi ogniwami ze starego, kompletnie zniszczonego naszyjnika z lat 70-tych. Połączenia są ruchome, więc całość wygodniej leży na szyi. A poza tym – jeśli nagle zapragnę przerobić jeden z elementów, nie będę musiała nic odcinać, niszczyć i pruć.

Wystarczy rozgiąć dwa ogniwa – i pozostałe trzy elementy w dalszym ciągu stanowią naszyjnik, tylko trochę mniej rozbudowany – do noszenia na co dzień. Pod żakiet albo rozpinany sweter, a nie tylko do kreacji typu „wielki dekolt – wielka feta” ;-)

Z okazji świąt…

…wpis turystyczny. Otóż życzę Wam wielu udanych świątecznych wyjazdów. Nie chodzi o to, by spędzać poza domem Wigilię i Wielkanoc. Ale by tak dobierać terminy podróży za granicę, by na miejscu można było „zaliczyć” jakieś ciekawe święto – którego w Polsce normalnie nie obchodzimy.

W Indiach zobaczyłam Diwali – miliony oliwnych lampek, sztuczne ognie, pyszne słodkości, wzory specjalnie malowane przez kobiety na gankach domów i odświętnie przystrojone girlandami z kwiatów (podjadanymi później przez kozy i krowy) riksze.

We Włoszech – we Florencji łaziłam w nocy po mieście w rytm muzyki z tłumem dzieciaków z kolorowymi lampionami z papieru – na Festa della Rificolona

A w Wenecji objadałam się na kiermaszu z okazji festa della Madonna della Salute – i chodziłam po moście, który jest budowany tylko na kilka dni w roku.

W Tajlandii świętowałam za to ostatnio Loy Krathong. Przez 6 godzin łaziłam w nocy promenadą wzdłuż rzeki, patrzyłam na tysiące płonących lampionów na niebie, na paradę kolorowych barek, obejrzałam przedstawienie w parku i spuściłam na rzekę tradycyjny wianek – z płonącą świecą i trociczkami, które pomogli mi zapalić Tajowie…

Czego i Wam z okazji świąt życzę ;-)

Co z tego będzie?

A tego jeszcze nie wie nikt. Nową „sutaszówkę” zaczęłam, ale nie mam zielonego pojęcia jak ją skończę. Sznurki: zielony i złoty, koraliki: czerwone, amarantowe, morskie. A dalej to już wielka improwizacja…

Podziwiam dziewczyny, które wybierają koraliki, sznurki, po czym siadają z ołówkiem oraz kartką i robią szczegółowy szkic. A później na dokładkę się go w robótce trzymają – i naszyjnik wychodzi dokładnie tak, jak to zaplanowały. Pewnie w szkole były dobre z geometrii. Ja nie byłam – i doskonale wiem, że mój mózg na samo hasło o „myśleniu przestrzennym” się zawiesza.
Gdy zaczynam naszyjnik mam zwykle zupełnie inną wizję, niż wychodzi w finale – bo wyobraźnia włącza mi się dopiero w momencie, gdy trzymam sznurek i igłę w ręku. „Wymacana” – robótka idzie jakoś bez trudu. Zawijasy same się robią, koraliki wszywają tam, gdzie w sumie nawet całkiem pasują… Ale żeby wcześniej coś zaplanować? A w życiu! A poza tym: jestem zbyt leniwa, by trzymać się jakiegokolwiek wzoru. No i chyba lubię niespodzianki. Co z tego wyjdzie: naszyjnik, bransoleta, ozdoba do włosów albo do naszycia na torebkę? Zobaczę za kilka dni…

Niebiesko mi…

No i co ja na to poradzę – mam do tego koloru słabość. I to we wszystkich dziedzinach. Niebieski jest mój ulubiony, kupiony kilka lat temu, domowy obraz, niebieskie jest moje ulubione zdjęcie z Wenecji…

A ze wszystkich sznurków sutaszu najbardziej podoba mi się połączenie niebieskości z zielenią. I uparcie do niego wracam. Tak uparcie, że właśnie skończyłam trzeci naszyjnik w tych kolorach. Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie fakt, że każdy jest w trochę innym stylu. Zaczęło się od tego, z elementami czerwieni na „chińskich” koralikach:

Niedawno zaszalałam i zrobiłam mega ciężkie naszyjnisko w stylu „wielka improwizacja” – z którym nic tylko skoczyć do Wisły, od razu pociągnie człowieka na dno. A jak ów człowiek zacznie straszyć z rzecznych odmętów – „kolia” będzie się ładnie widmowo komponowała na tle błękitno-trupiej skóry i wodorostów zaplątanych we fryzurze.

niebieski
Cóż, jeśli zostać topielicą, to przynajmniej stylowo, nieprawdaż? Ponieważ jednak chwilowo takiej kariery nie planuję, naszyjnik topielicy założę zapewne na sylwestra.

A w weekend skończyłam świąteczny prezent dla koleżanki – prosty w robocie i w sumie pozbawiony mojej zwykłej dawki szaleństwa… Ale i tak wygląda całkiem „wyjściowo” – i coś czuję, że wkrótce takich „obróżek” zrobię więcej. Grunt to monotematyzm…

Miłe złego początki…

Jestem sutaszoholiczką. Nie, nie chwytam za igłę po wypiciu paru głębszych (choć efekt mógłby być ciekawy… hmmm). Ale na koraliki do naszyjników wydaję tyle, że… „Houston, mamy problem”. A zaczęło się całkiem niewinnie – jak każdy nałóg zresztą. Od jednego sznurka i jednej broszki zrobionej na próbę – a nuż coś fajnego wyjdzie. Wyszło to:

Z pewną taką nieśmiałością pokazałam efekt przyjaciółce z bloga mariadegustibus. A ona pochwaliła. Więc dokupiłam kilka sznurków, obszukałam szuflady w poszukiwaniu zbędnych koralików – i bawiłam się dalej.

Koleżanka znów pochwaliła… A potem jeszcze raz… I zaczęły się problemy. Gdy kuzynka poprosiła, bym zrobiła jej bransoletkę – cienką, prostą w formie, ale kolorową i wesołą – w ciągu tygodnia podesłałam jej foty 20 bransoletek do wyboru.

A obecnie koraliki – albo wisiory, które „obudowuję” później sutaszem – przywożę sobie nawet z podróży. AAAAAAA!!! Tak, to powinno się już chyba leczyć…

I tutaj dobra rada. Uważajcie, komu i jakie komplementy prawicie. Bo niektórzy to słaby charakter mają… Raz pochwalisz – i uczepią się byle hobby jak Tarzan liany. Gdyby przy pierwszej broszy/torebce/zawieszce koleżanka nie wykazała takiego entuzjazmu, pewnie bym sobie odpuściła. I dzisiaj nie upychała do torby naszyjników o wadze ze trzy kilo… Marysia – jak już w końcu przez mój nałóg zbankrutuję – wiesz, kogo będę o to obwiniać! ;-)

Ten pierwszy raz…


Witam wszystkich, którzy mieli pecha – i trafili przypadkiem na mojego bloga.

Dlaczego „igłowo”? Bo najczęściej będę na nim zamieszczać zdjęcia kolejnych naszyjników, broszek i bransolet… czyli wszystkiego, co udaje mi się zrobić w rzadkich chwilach, gdy psy (w ilości: dwa) już wyprowadzone, teksty do roboty napisane – a do północy została jeszcze godzina i w sumie wypadałoby czymś zająć ręce, bo inaczej zasnę na siedząco przed TV. A owe robótki będą kolorowe, błyszczące i… eleganckie „inaczej”. Bo już taki mam styl – no i co na to poradzę. Za staram na zmiany.

A „bajkowo”, bo od czasu do czasu będę na bloga wrzucać również foty z podróży… A przynajmniej mam taką nadzieję. Po ostatnim urlopie – i wypadzie do Bangkoku – jestem nawet skłonna obwiesić się tysiącem amuletów wszelakich, byle „siły wyższe” zezwoliły mi łaskawie na kolejny egzotyczny wyjazd. Czyli załatwiły odpowiednią kasę na koncie, nie zwaliły mojego samolotu z nieba, ani nie wywołały nagle powodzi/trzęsienia ziemi/rewolucji /wybuchu wulkanu… Tak, wiem, że brzmi to dziwnie – ale dwie takie „niespodzianki” już mi się zdarzyły. I serdecznie dziękuję za kolejne.

No i to by było tyle „wprowadzenia”… Do następnego!